Zrolowany wrześniowy Vogue

Zrolowany wrześniowy Vogue
WydawcaKorporacja ha!art
RokKraków 2020
Wydaniepierwsze
RedakcjaMarta Syrwid
Redakcja seriiPiotr Marecki
Projekt okładkiBolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanieBy Mouse
ISBN978-83-66571-00-6

Miasto pięknie się budzi. Słońce ogrzewa mi twarz, przebijając spomiędzy budynków. Widzę się w oknie wystawowym i stwierdzam, że jak na tak pospieszną ewakuację z mieszkania Chybaphila, to wyglądam nieźle.

W kawiarni zamawiam kawę i sernik czekoladowy, który nie dość, że jest nieprzyzwoicie dobry, to jeszcze podał mi go facet o anielskiej urodzie.

Ale.

Zdążyłem zauważyć, że ma brud za paznokciami. Jeśli więc przedtem dałbym mu 9 punktów na 10 (ciekawe, ile on by mi dał?), to po tym spada o 5, co daje mu 4 punkty.

Ale.

Według praesumptio boni viri muszę uznać go za niewinnego. Prawdopodobne jest przecież, że chłopiec jest bez winy, bo ma taką, a nie inną pracę — a zatem brud niekoniecznie wynika z zaniedbywania higieny w ogóle. Pewnie uświnił sobie pazury jakimiś kawałkami ciasta, kawą (a kawa uwielbia przecież wchodzić pod paznokcie i nie daje się tak łatwo wyszczotkować) czy czymkolwiek innym. Ponownie daję mu więc 9 punktów.

Ale.

Te 9 punktów nie zmienia faktu, że jest flejtuchem, więc odejmuję mu jednak 3. Ma teraz 6 punktów, co, nie ukrywam, trochę mnie boli, bo niedawno tyle samo dałem przypadkowemu przechodniowi, który nawet na mnie nie rzucił okiem, a ten tu podaje mi kawę i ładnie się uśmiecha. Nie może mieć tyle samo punktów co byle przechodzień. Podwyższam więc o 2. Ma 8. Analizuję ponownie moje oskarżenie o flejostwo i muszę przyznać, że bardzo surowo go oceniłem. Bo czyż sam za każdym razem w pracy ganiam umyć dłonie, kiedy widzę na nich drobną skazę czy zabrudzenie? Raczej nie, a fleją siebie bym nie nazwał. Prawdopodobnie chłopak się̨ ubrudził, zerknął na dłonie, westchnął z rezygnacją i już miał iść je umyć, ale zobaczył, że są nowi klienci (ja!), podbiegł, żeby mnie obsłużyć i przez to nie wyszorował paznokci. Daję mu punkt więcej i pozostawiam na mojej liście z końcowym wynikiem 9 punktów, za co siebie i jego nagradzam uśmiechem. Dorzucam też napiwek, żeby nie było, że ja jestem tylko ładny i oprócz tego nic nie daję, bo myślę, że uroda wystarczy. Odwzajemnia uśmiech, przetrzymuje spojrzenie, mruga, pyta: „Czy coś jeszcze?”, a ja mu na to, że: „Nic więcej, dziękuję”. Zabieram z lady swoje zabawki, prawie się potykam, siadam przy najbliższym stoliku, abym jeszcze mógł spojrzeć na tę moją dziewiątkę̨, o którą sam ze sobą stoczyłem tak żarliwy bój.

Za oknem momentalnie pociemniało i lunął deszcz. Na kałużach pęcznieją potężne bąble. Do kawiarni wbiega kobieta i przez otwarte drzwi bucha poranny oddech miasta, w którym świeżo skoszona trawa wymieszała się z wonią mokrego asfaltu, wymiocin, cegły, ziemi i moczu. Postanawiam przeczekać ulewę, jestem przekonany, że za pół godziny ponownie wyjdzie słońce.

Kątem oka zauważam zbliżającą się do stolika dziewiątkę.